niedziela, 9 marca 2014

Zaczęło się - Dancing with the Starssss



Ostatnią notkę skończyłem wiadomością, że już niedługo będziecie mogli zobaczyć mnie i moją mamę na szklanym ekranie, a teraz już dawno po Pytaniu na Śniadanie... jak ten czas szybko leci. Jestem kompletnie zdezorientowany wszystkim, co dzieje się wokół mnie, dlatego, że w głowie mam tylko treningi. To wokół nich się wszystko dzieje, to po nich mam czas wolny, a przed nimi mam czas na zjedzenie, to po nich mogę się spotkać ze znajomymi, a przed nimi mogę skoczyć na ulubioną herbatę do kawiarni na rogu idąc na przystanek autobusowy... Ale lubię to, lubię to bardzo i nawet nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłoby się to skończyć. Kocham ten wycisk, bo idzie mi coraz lepiej. Janja jest zadowolona, ja jestem zadowolony... a ten piątek będzie chyba najbardziej stresującym piątkiem w moim życiu, bo to teraz ja tańczę taniec, który będzie oceniany. Poprzedni piątek też był mega ważny dla mnie, chociaż nikt z chłopów nie odpadał. Tańczyliśmy wspólnego swinga... chyba wyszedł nam dobrze? Dostałem nawet wyróżnienie, Pani Tyszkiewicz straciła dla mnie serce... hah :) Na koniec programu, po tym, jak odpadł Krzysiek z Violą (para, z którą mega się przyjaźnie :() śpiewałem celebration... wyszło świetnie, choć dość głupio było mi śpiewać po tym, jak ktoś rozstał się z programem. To takie straszne, że ktoś odpada co odcinek... jesteśmy wszyscy tak zgraną ekipą... każdego będzie żal. No nic... trzeba się przygotowywać do następnych odcinków. Najgorsze było to, że właśnie w zeszły piątek dostałem jakiejś choroby i czułem się tak fatalnie, jak nie wiem kiedy... ja kompletnie nie choruje, czuję się czasami słabo, ale żeby bolały mnie kości, gardło i głowa to nigdy tak nie miałem. Co chwilę miałem masaże, ładowano mi do żołądka tabletki, różne psikacze, jakieś po prostu wynalazki bym tylko się totalnie nie rozłożył... no i udało się, na drugi dzień, a już nawet na afterze byłem pełen energii i bawiłem się nieźle... Dancing z Asią moro udał się w stu procentach, nawet dorwałem się do mikrofonu, hahahah :) 

Na odcinek przyjechali do mnie rodzice i w sumie dopiero teraz wyjechali... fajnie, bo mamy mało okazji, by się ze sobą widywać. Kupili mi talerze, ręczniki i sztuczce + w końcu przywieźli słoiki z malinami i moimi ulubionymi ogórkami... czuję się jak student... właśnie, muszę zaraz zalogować się do szkoły. Wracając do nich... tak bardzo podoba im się Warszawa, jarają się każdym pomnikiem i ładną uliczką, pewnie chcieliby tu mieszkać... albo i nie, bo tata pewnie nie mógłby się rozstać z żużlem. Tak jak ja :( No ale nic, praca chyba popłaca, no więc tak
Karma is a bitch, moje nowe motto - trzymajcie się ciepło aaa...
jeszcze mam jedną prośbę...
może chce Wam się zagłosować na mnie w KCA? :)
Można oddać dużo głosów, więc:
http://kca.nick.com.pl/glosowanie#category:Favorite_Polish_Star
i z góry dziękuję.

Łapajta kilka zdjęć:

































środa, 26 lutego 2014

Zabiegany Kwiatkowski

:)

Wróciwszy z kolejnej udanej trasy koncertowej znów zacząłem systematycznie chodzić na treningi. To tak potwornie ciężka robota, że wymiękam. Kilka godzin napinania całego ciała, pilnowania dłoni, pleców, głowy, szyi no i oczywiście nóg. Wszystkie te czynniki muszą ze sobą współgrać, a by tego dokonać, trzeba naprawdę tańcząc dużo myśleć. Z myśleniem nie mam problemu, ale gdy tańczę załóżmy w klubie, nie muszę myśleć, węgorz wbija i pozamiatane - ale taniec towarzyski to zupełnie co innego. Na pewno ktoś z Was trenuje i wie jak to jest… jestem cały obolały, wszędzie mam zakwasy, ale najważniejsze jest to, że… widzę progres! Widzę progres i w jeśli chodzi o moje ciało i jeśli chodzi o taniec. Sama Janja jest zachwycona - więc tym, którzy mówią, że nie potrafię dobrze się ruszać i że jeśli będę przechodzić dalej, to tylko za sprawą głosów mówię - jeszcze zobaczycie! :) Oczywiście jeszcze kilkadziesiąt godzin pracy przede mną, by wszystko było tak, jak byśmy chcieli, ale wszystko da się zrobić.

Chyba razem z moim wiekiem wszedłem w dorosły tryb życia. Nie mówię tutaj o wygłupianiu się w internetach i jakichś tam dziwnych zachowaniach moich, ale o to, że po prostu głowa mi od obowiązków i mailli pada… ale lubię to. Lubię, jak się coś dzieje. Lubię ciężko pracować, dlatego, że efekty tej pracy są niesamowite.

Byłem ostatnio na sesji z Krzyśkiem Adamkiem… na dole możecie zobaczyć efekty - podoba się? Mi bardzo :) Musiałem trochę odświeżyć fanpage, twittera no i po prostu mieć nowe zdjęcia. Na samej sesji było dość śmiesznie.

Aktualnie wracam z Katowic ze studio,  prace nad kawałkami trwają, nie ma spania:) Jest śmiesznie, wszyscy w busie śpią… prócz małego chłopca, którego jest mi strasznie żal. Wywnioskowałem, że jedzie do Warszawy do szpitala. Jest cały blady, białko z oczu ma całe czerwone i prawie nie może się ruszać - mama, widać, że spuchnięta i zmęczona. Nie chcę tutaj wróżyć, ale wygląda to bardzo poważnie i smutno. Dziecko karze się ciągle trzymać za rękę, a mama ciągle powtarza, że będzie dobre… To niesamowicie przykre, co przytrafia się ludziom na świecie. Mimo tego, że ta sprawa wydaje się być bardzo przykra, to co się dzieje u innych osób, to też jest jakaś masakra. Doceńmy kochani to co mamy i wspierajmy innych w zakresie naszych możliwości - wierzmy w karmę, ona naprawdę wraca. 

Wiecie jak bardzo jaram się Zuzanną Kołodziejczyk - gdy pewnego razu zobaczyłem ją w Złotych Tarasach, omal nie padłem z podniecenia… od razu podbiegłem i spytałem się o zdjęcie. Dziś w bravo ujrzałem artykuł o mnie i właśnie o Zuzi. Padło tam jakieś pytanie z ich strony, czy pasujemy do siebie, czy coś takiego… za chwilę dostaje mnóstwo SMS i połączeń od przyjaciół - przeczytałem SMS od Sary i Igor do mnie dzwoni… a ja takie FISUAohogafjksdocpiscohubvjznsau8rq3huw… Zuzia dodała zdjęcie z tej gazety, oznaczając mnie i pytając się mnie, czy do siebie pasujemy. Śmieszne to wszystko, hahah, nie wiem, czy wypada mi się jarać, czy nie, ale to robię, no bo tak to wszystko czuję. 

Niedługo będziecie mogli zobaczyć mnie i moją mamę na szklanym ekranie - już się nie mogę doczekać, ale więcej Wam nie zdradzę :))


trzymajcie się ciepło, do następnego :)




















piątek, 21 lutego 2014

Kwiat w aucie - czas na mądrości! :)


Taka notka trochę z innej beczki, chcę wykorzystać wieczną podróż do zrobienia czegoś pożytecznego, więc zarzucę Wam kilka moich przemyśleń.


Często w wywiadach jak pewnie zauważyliście pytają się mnie o to, czy jestem świadom, że to wszystko niedługo się skończy, albo jak myślę, ile to jeszcze może potrwać. 

Na mojej twarzy pojawia się zażenowanie i zdziwienie, ale po chwili orientuję się i mówię do siebie: no tak, przecież oni nie mają pojęcia o tym co nas łączy.  Ci wszyscy ludzie są tak daleko od naszych relacji, ale w sumie się nie dziwie. Pewnie przygotowując się do wywiadu, przeglądają wikipedie lub pierwszy lepszy wywiad i stąd ta cała niewiedza. Zawsze tłumaczę, że to jest coś innego, to całkiem inna relacja z fanami niż innych artystów. Ludzie nie potrafią tego zrozumieć, po czym pokazuję im pierwszy lepszy post z grupy. Wtedy jest takie… "Wy naprawdę rozmawiacie na takie tematy? Tak bardzo osobiste?"… no tak, właśnie na takie tematy. To jest właśnie ta podstawowa różnica, ja wiem, co dzieję się u moich fanów. W każdej chwili mogę wejść na grupę i zobaczyć kto jest smutny, kto wesoły, kogo wkurzają rodzice, a kto leje ze śmiechu. Mówią, że to minie, że to wszystko kwestia wieku… kilku lat. Halo halo, ja dorastam, oni też dorastają, razem się zmieniamy, dojrzewamy… wątpię, że z łatwością przyszłoby komuś zostawić tyle wspomnień, tyle znajomości, tyle zdjęć i plakatów, wiem to po sobie - od dziecka jestem załóżmy fanem Madonny i nigdy mi to nie minęło. To straszne, bo Ci ludzie naprawdę opierają się na przykładach różnych polskich zespołów, załóżmy… Blog 27 - wielki szał, sam byłem fanem, no ale było coraz mniej muzyki, a więcej lansu, kłótnie i rozstania i ja jako zagorzały fan z płytą w ręce trochę się już tym męczyłem… aż w końcu odpuściłem. Różnica jest też taka, że ja zostaje przy muzyce i przy fanach, ścianki i flesze mnie nie ciągną. 
Pewnie część z Was w to nie wierzy za sprawą Dancing with the Starsa - Taniec z Gwiazdami, myśli, że idę tam dla lansu i tym podobne. Nie jest tak. Gdy zadzwonił do mnie Igor, od razu usłyszałem słowa "Stary, tylko nie mów nie… dzwonił Taniec z Gwiazdami" - w tym momencie parsknąłem śmiechem. Nie chodziło mi o program, tylko o to, że jakieś 4 miesiące temu będąc w aucie z Michałem, Janją i Krzyśkiem i tak się śmialiśmy co by było, gdybym tańczył w Tańcu z Gwiazdami… no i wykrakaliśmy. Długo się zastanawiałem, bo obawiałem się właśnie tego, że ludzie będą uważali mnie za celebryte, gdy już powoli stawałem się w ich oczach artystą. Ogólnie w życiu stawiam na wspomnienia i bezpieczeństwo. Dlatego np. polaroid to dla mnie rzecz święta teraz, bo gdy widzę te wszystkie zdjęcia, a w nich ukryte wspomnienia i myśli, jestem prze szczęśliwy. Mój brat jak wiecie był w Tańcu z Gwiazdami. Pierwszą osobą, do której zadzwoniłem po otrzymaniu propozycji był właśnie on - powiedział… IDŹ! Z doświadczenia ludzi wyciągnąłem informacje, że ten program to naprawdę wielkie wspomnienia, przyjaźnie i emocje - czyli rzeczy, których w życiu potrzebuję. Dodatkowo nauczę się tańczyć… jaram się strasznie tym programem, kocham treningi z Janja, widziałem, że już nawet fanpage naszej pary powstał, bardzo się cieszę… rywalizacja będzie ciężka, ale myślę, że damy radę dojść chociaż do połowy, byle nie odpaść na początku. 
Wracając do tematu… wiem, że to nie minie. Wiem, że jako staruszek z mikrofonem w ręce będę widział te same mordki przed sobą. Wszyscy siwi, ale razem :D. 
Dziękujecie mi codziennie za to, że dzięki mnie poznaliście przyjaciół, osoby, które są oddalone od Was kilka fajnych kilometrów, ale to tak naprawdę ja powinienem Wam dziękować. Nawet nie wiecie jak ciepło w sercu robi się, gdy wiesz, że coś takiego się dzieje. Że ludzie są… po prostu szczęśliwi dzięki Tobie. Nie wiem czym zasłużyłem sobie na to, co mnie codziennie spotyka - ale dziękuję, z całego serca dziękuję. Fakt, że jesteśmy najbardziej szurniętym zjawiskiem w tym kraju ( mówię o mnie i o fanach ) jest chyba niepodważalny - kocham te różne, kreatywne akcje. Kocham to, że wczoraj, nawet gdy lądowałem we Wrocławiu, ludzie czekali na mnie w Warszawie z prezentami. Kocham Wasze zloty, spotkania, meety. Kocham Waszą odwieczną walkę z hejterami - np. sytuacja z Gorzowa, gdy pod klubem stało takich dziesięciu i coś tam pieprzyli pod nosem, a Wy wyciągneliście butelki i oblaliście ich wodą, sokami i tak dalej… no kurcze hahahahah, wszystko to kocham. 

Kończę, niedługo zaczyna się koncert w Białymstoku, więc muszę zacząć się przygotowywać. 

Na marginesie… Wujek Dawid da Wam taką małą radę - pamiętajcie o tym, żeby wyciągać klucze z drzwi gdy wchodzicie, czy wchodzicie. Mieliśmy taką sytuację w Paryżu, że szliśmy do znajomych, którzy mieszkali na 3 piętrze. Idziemy tymi schodami, zawaleni walizkami i widzimy klucze w drzwiach na pierwszym piętrze. Tak zatrzymaliśmy się, spojrzeliśmy na siebie i takie: Michał, co robimy?. Zapukaliśmy kilka razy, nikt nie otwierał. Stwierdziliśmy, że nie wyciągniemy kluczy i nie wrzucimy pod wycieraczkę, bo jeszcze ich właściciel nie znajdzie. Nic nie wymyśliliśmy, więc wróciliśmy do domu. Wieczorem idąc znów do tych znajomych zauważyliśmy policję w rękawiczkach właśnie na tym piętrze - wielkie zdziwienie na naszych oczach, wiedzieliśmy, że już ktoś okradł to mieszkanie. Potem jednak dowiedzieliśmy się jak naprawdę było. Kobieta rzeczywiście zapomniała tych kluczy, ale niepozornie były one w zamku tak, jak je zostawiła. Wchodząc do mieszkania rzuciło się na nią trzech zamaskowanych chłopów, którzy do tego, co zabrali jej z domu, dorzucili jeszcze jej torebkę z portfelem i wszystkimi dokumentami. Po prostu jedna, wielka masakra… uczucie, że mogło się coś zrobić nie wychodzi mi z głowy. Mogliśmy razem z bratem wyciągnąć te klucze i wrzucić do środka… ale to wymyśliliśmy kilka godzin po wszystkim, więc nie ma co gdybać. To tragedia dla człowieka stracić cenne rzeczy z mieszkania i wszystkie dokumenty - dobre kilka miesięcy walki o odzyskanie bez gwarancji powodzenia.

Trzymajcie się ciepło, 
Dawid.

czwartek, 20 lutego 2014

Paris :)


Tak długo czekałem na ten wyjazd, a już się skonczył. Tak kochani, wróciłem już z Paryża cały i zdrowy z myślą, że lepiej być nie mogło.
Może dość szczegółowo opiszę Wam każdy dzień, byście chociaż trochę mogli sobie to zobrazować. 

Dzień 1
Wysiadając z samolotu trochę czekałem na brata, bo oczywiście się zgubił… nie dziwie się, w Polsce na lotnisku jest bodajże jeden terminal, a tam jest ich chyba 7 … W końcu się odnaleźliśmy i pojechaliśmy prosto na sesję. Zdjęcia robił Enzo, przyjaciel mojego brata, świetny fotograf, już kiedyś miałem z nim sesję zdjęciową, więc tych zdjęć również nie mogę się doczekać. Była to prosta, braterska sesja zdjęciowa z ubraniami od Givenchy - no więc trochę się jarałem, gdy miałem na sobie bluzkę, którą w swojej szafie ma również Snoop Dog czy ASAP rocky :D Enzo również miał ze sobą kamizelkę, którą nosiła Rihanna… Tylko muszę przycisnąć go o zdjęcie w niej i Wam pokażę jak leżała przede mną na podłodze no i była na Rihannie, to niesamowite, coraz bliżej celu, mówię Wam. Wróćiliśmy do domu, chwila na odpoczynek i wyskoczyliśmy na małe piwo do jednego z tysiąca zajebistych pubów na ulicach Paryża. 

Dzień 2
Spacerując w dzień 1 po ulicach Paryża zobaczyłem dwa sklepy, które przykuły moją uwagę. Jeden - totalnie odjechany sklep z dresami przeplatanymi skórą, futrem czy sztruksem, czapki beanie z zajebistymi napisami czy full capy z fajnymi motywami. Drugi - sklep z koszulami w niesamowite wzory - załóżmy konie, czy puzzle. Dlatego tego dnia poszedłem na łowy do tych dwóch sklepów wciąż pośpieszany, bo przecież wieczorem koncert! :) Dlatego spiąłem pośladki i ruszyłem na zakupy - wyszło na to, że kupiłem jedne dresy. Zawsze napalam się na wszystkie rzeczy, ale potem nie jestem pewien co do nich, a jak nie jestem pewien, to ich nie kupuję, bo potem często zdarza się, że żałuję ich zakupu. Trochę pospacerowaliśmy, zjedliśmy chińskie żarełko i wróciliśmy do domu na przygotowania się do koncertu. Nadszedł w końcu jego czas - 22:28 bodajże Kwiat wychodzi na scenę i śpiewa jedną piosenkę z bratem na jego koncercie Chopin Etc.. To było niesamowite przeżycie. Nigdy nie śpiewałem jeszcze w teatrze dla takiej publiczności, więc stresowałem się ogromnie wiedząc nawet, że dam radę. Śpiewałem po francusku, w trakcie trwania drugiej zwrotki połamał mi się język i zamiast (fonetyczny zapis) "e finalmą" zaśpiewałem coś typu "e fineląa" i tak strasznie się pogubiłem, że bałem się, że już nie zacznę śpiewać właściwego tekstu, ale na szczęście ogarnąłem to szybko i do końca piosenki dawałem z siebie sto procent energii i emocji.  Bardzo dziękuję mojemu bratu za danie mi takiej możliwości, to było niesamowite. Po wszystkim after, before i after beforu… czyli część, której opisywać nie wypada :D

Dzień 3 - chilling day. 
Oczywiście wykończeni powrotem do domu około 5 nad ranem poszliśmy na spacer po Paryżu. Teraz nie wiem, czy zakupy były drugiego dnia, czy trzeciego - ważne, że mam te dresy, nieważne kiedy je kupiłem, hahaha. Wiem na pewno, że tego dnia byliśmy takimi turystami i trzaskaliśmy sobie zdjęcia z wieżą Eiffela… razem z Rihanną :)

 Wieczorem byliśmy na pysznej kolacji… ale o jedzeniu Wam nie napiszę, bo kurcze jestem mega głodny a nie mam możliwości zjedzenia teraz czegokolwiek. 

Dzień 4
Ten dzień zaczął się bardzo wcześnie z powodu wyjazdu do… DISNEY LANDU! :) Byłem w Paryżu mnóstwo razy, a mój brat zabrał mnie tam dopiero teraz, gdy mam 18 lat. Dziwne to trochę, hahaha.  Byłem strasznie podekscytowany, dlatego, że kocham rollercoastery i tym podobne. Zawsze jadąc na nich myślę, że odpięło mi się zabezpieczenie i zaraz umrę, chyba, że będę mocno się trzymał - spróbujcie, niezła adrenalina wbija się wtedy do serca.  Klimat w tym miejscu był niesamowity - wszystko było dosłownie jak z bajki, każdy tak zajebiście dopracowany szczegół sprawiał, że myślami przenosiłem się całkowicie do innego miejsca. Chociażby mrugająca co jakieś 5 minut żarówka w strasznym miejscu sprawiała, że wydawało się to bardzo realne. Chodząca mini była dość… dziwna? Nie chciała zrobić alohy gdy ją o to poprosiłem, udała zawstydzoną i zaczęła pozować do zdjęcia, a dobra, niech jej tam będzie. Śmiesznie to wszystko jest zorganizowane. Gdy organizatorzy chcieli coś przekazać jej, albo Duffyiemu przytulali ich, szepcąc na ucho tak, aby wyglądało to bardzo realistycznie, to fascynujące. Oczywiście wszystkie najstraszniejsze kolejki zaliczone, pełno zdjęć polaroidem zrobionych, pełno wspomnień w głowie i wspaniale spędzony czas - czego więcej chcieć od życia? Na pewno tam wrócę, tym razem będę przewodnikiem. Wróciwszy do domu zacząłem nagrywać piosenkę na Young Stars no i czekałem do 00:00 by zaśpiewać sam do siebie "sto lat" dla Rihanny. 


Cały wyjazd do Paryża to wyjazd, którego bardzo potrzebowałem. Mimo tego, że prawie ciągle coś robiliśmy - dla mnie był to odpoczynek. Bez stresu, teorytycznie bez maila, bez miliona ludzi wokół Ciebie… czasem człowiek potrzebuję takiego detoxu nawet, gdy ogólnie kocha tak zapracowany tryb życia z mnóstwem ludzi w nim. Tak, te 4 dni były niesamowite, poznałem kilka fajnych osób, wyciągnąłem kilka fajnych wniosków, przemyślałem kilka ważnych spraw. 
Polsko - fizycznie już jestem, mentalnie już wracam, take care!
no i wracam do treningów :))) Dancing With The Stars!!!
















ja z lampą

ja i chodnik w Disneylandzie

ja na ławce w Disnaylandzie